Łemkowyna 150km 2017

A więc teraz coś o moim najdłuższym dystansie jak do tej pory, ale nie najdłużej trwającym. Łemkowyna 150.

Z tym wyścigiem miałem niewyrównane rachunki z 2014 roku, kiedy to kompletnie bez znajomości ultra skapitulowałem na 35km z zimna i braku wymaganej kondycji.

W tym roku czułem się zdecydowanie lepiej przygotowany, ale jakoś drżałem przed tym 35tym kilometrem. 🙂 uważałem, że jak minę miejsce gdzie czekałem na mojego Brata 3 lata temu, to będzie się mi mentalnie lżej biegło. Założenia były, aby ukończyć bez kontuzji. Nie miałem się ścigać. Po prostu to zrobić pod punkty na UTMB, dobrą bazę na kolejny rok i wyrównać rachunki :), ale nie za wszelką cenę. Zdrowie najważniejsze – tak mi wmawiał Mariusz :), żebym nie przesadził.
Dlatego tempo ustalone, aby biec 10min/km. Teoretycznie wolne, ale dystans i błoto robią swoje.

Tym razem niby wszystko było zaplanowane, aby poprawić mój niedobór odpoczynku zaraz przed biegiem, ale jak zwykle coś musi pójść nie tak… A więc tym razem samolot mi uciekł i zamiast lecieć w środę do Krakowa, to poleciałem we czwartek do Warszawy. Z tamtąd pociągiem do Krakowa i dopiero z Krakowa do rodzinnej Moszczenicy dotarłem o 21:30. Więc 1,5 dnia w plecy z nerwami i tym podobnymi rzeczami. Ale dość narzekania. Starałem się choć trochę dobrze wyspać i popołudniu zacząłem pakowanie.
Wszystko jest. Jedyne co nie często się spotyka na innych biegach to czerwone światełko z tyłu. Reszta w miarę jak na takich zawodach. Jeden z Braci zawodzi mnie do Krynicy. Idziemy na rejestrację i od razu okazuje się, że nie mam…. Dowodu osobistego… Brat mnie odwoził więc zdecydowałem zostawić portfel w domu. Niby szedłem uważnie przez wyposażenie obowiązkowe, a to mi minęło. Ale na szczęście nie mam tylko jednego Brata, a pięciu, więc telefon do drugiego i drugi już jedzie z dowodem 🙂 na szczęście miałem wystarczająco czasu. Przy okazji spotkałem kolegę z Gorce Ultra Trial 102km. I jeszcze zostałem porwany do mikrofonu, żebym coś tam powiedział co, po co, na co i dlaczego 🙂
Mojemu wejście od 14:05:)
http://www.mtv24.tv/film/lemkowyna_ultra_trail_150_start_krynica_zdroj_14_pazdziernika_2017_r-14297.html

Tyle się opisałem już, a jeszcze nawet startu nie było 😀
No dobra, do rzeczy. Jedziemy na deptak z moimi Braćmi. Tam też zostawim przepaki: jeden do Chyrowej na 80km, drugi na metę w Komańczy. No i podaje przepak, a gość do mnie mówi “Cześć Andrzej” 🙂 ja trochę zdziwiony, bo nie kojarzę, ale zaraz kolega przypomniał mi się, że tymi samymi ogórkami wódkę przegryzaliśmy w lutym na weselu mojej kuzynki 😀 kolega Krzysiek był jako wolontariusz :), pozdrawiam i dziękuję za opiekę nad przepakami 🙂

Wsparcie Braci na starcie!!! To jest to!:)

Punkt północ, piątka z Braćmi – Szymkiem i Grześkiem, piątka z Krzyśkiem i ruszam.
Jako, że miałem numer 156 to byłem ustawiony od razu w drugiej setce. Stwierdziłem, że trzeba się trochę przesunąć do przodu, bo jak się zwęzi na wejściu na szlaku to można niepotrzebnie stracić czas. Wszystko w granicach rozsądku, żeby serducho nisko pracowało i nie spalić mięśni na początku.
Oszczędzam też czołówkę ile się da, bo mamy 7h do świtu. Do pierwszego szczytu więc korzystam z oświetlenia innych.
Na zbiegach też na spokojnie. Tylko truchtam. Tempo mam ciut szybsze niż planowane, ale na postoje coś trzeba było nadrobić. Plus chłód nocy wytrzymać. Pit stop w Ropkach i nawet organizator pamięta, że nie miałem dowodu i pyta czy dowieźli, a ja na to, że lecę na dowodzie syna 😀 😂 wystawił oczy, ale zrozumiał zart:p. Szybki pit stop, bo tylko 1min resztę postanawiam jeść maszerując. No i wreszcie dobiegam do Zdyni i 35ego kilometra. Pokonane bez zawahania. Podchodzę wszystko co do góry. Reszta trucht.
PIT stop w Wołowcu. Miła niespodzianka, że zupę polewa nam Marcin Świerc. Dawał radę 🙂
Jest już dzień. Zaczynają mi coraz bardziej doskwierać stopy. Stwierdzam, że jednak błędem było zaczynać bieg w Inov8 Mudclaw 300. Błoto było, ale nie aż tak tragicznie, a twarde podeszwy bez amortyzacji dały odczuć każdy korzeń i każdy kamień. Żeby też nie myśleć o bólu i o kilometrach, a, że też październik to, jak zawsze mając różaniec w moim obowiązkowym wyposażeniu odmówiłem Część Chwalebną, bo sobota, choć patrząc na moje bóle to bardziej Część Bolesna pasowała 🙂
Zaczynałem tylko myśleć o Chyrowej i założyć tam moje Hoka :))))))))
Ale jeszcze spory dystans… Przełęcz Hałbowska i potem już tylko myślę o tym “jak to dobrze będzie się mi biegło w Hoka”. Przynajmniej wtedy tak myślałem, a co będzie? Czytaj dalej 🙂
Zbiegamy wreszcie do Chyrowej. Czuję się dobrze, tylko te stopy. Na punkcie jest mój Tata z kolegami. Bardzo miło sobie wspominam ich wizytę, bo pomimo, że dla nich to “czarna magia” te szalone biegi to oferują nawet najdrobniejszą pomoc.

Wraz z Tatą, ale czy syn podał się do Ojca?:)

Koryto w Chyrowej. Znaczy się to na zewnątrz, bo to ciepłe było w budynku:).

Pod banerem w Chyrowej.

Koledzy Taty wraz z pokrzepiającym słowem:) Humory dopisują wszystkim:)

Czas się przepakować:)

Szybka porcja kalorii:)

Przepak w którym są moja Hoka!!!:)

Tuataj ciepły posiłek! Dziękujemy, smakowało:)

Idę obmyć stopy, zakładam świeże skarpetki i HOKA:) jem makaronik z warzywami ładuję zegarek i telefon z power banku. Napełniam wszystko. Biorę kolejne Misie Haribo z przepaku. Zegarek prawie się załadował do pełna. To był długi postój bo aż 46min. Na zegarku widzę, że z tym postojem mam tempo dokładnie 10min/km. A więc szybkie zdjęcia i ruszam dalej. Jednak ból w śródstopiu uniemożliwia mi bieg. Od razu stwierdzam, że wyciągam wkładki ortopedyczne. Bardzo dobra decyzja! Od razu lepiej 🙂 cieszy mnie to, że mogę wreszcie coś bez bólu iść.
Zbieg do Nowej Wsi, gdzie przy hałasie wybuchów w miejscowym kamieniołomie zaczynamy mozolne podejście na Cergową. Mozolne…. Bardzo mozolne… Dłuży się i dłuży, aż chwyta mnie kryzys powiązany z bólem w lewym kolanie. Tego chciałem uniknąć. A jednak… Już tylko idę. Zastanawiam się czy brać tabletki. Dzwonię nawet do kolejnego Brata, żeby nie wybierał się na planowaną 1:00 w nocy, bo przy takim tempie to najszybciej będę o 2:30. Ale podświadomie wmawiam sobie “idź! Nie zatrzymuj się. Kryzys jest tylko po to, żeby minął”.
W końcu biorę 2 ibupromy. No i po 15 min puściło wszystko.
Zaczynam biec. Mimo kryzysu nikt mnie wyprzedził, a jedynie dogonił i przyczepił się na zająca. Telefon od Mariusza jak idzie. Kilka słów wsparcia i ogień 🔥 dalej.
Do Lubatowej cały czas biegnę. Czuję się dobrze. Cały czas asfaltem aż do Iwonicza Zdrój. Na tym asfalcie już czułem się tak dobrze, że zacząłem nadrabiać i stwierdzilem, ze jednak zadzwonię do Brata, żeby przyjechał planowo, bo “odżyłem i jest ogień” 🙂 Doganiam na lekkim podbiegu kolejnego,a on do mnie: “Chyba sobie kpisz, że masz jeszcze siły podbiegać”. 🙂
Tam proszę od razu o lód w spray’u, napełniam flaski, jem i lecę dalej. Doganiam po raz “n-ty” biegacza z teamu “ZAPIERDALACZE” 🙂 Mówi mi, że do zobaczenia na zbiegu, chyba, że tym razem “odpalę” 🙂 Widziałem teraz po ludziach, że już naprawdę nie mają sił. Ja starałem się tymi moimi siłami oszczędzać, bo bałem się, ze też dostanę “ścianę”.

Zaczęła się druga noc. Przebiegamy przez Rymanów-Zdrój. Kolejna, piękna, zdrowotna  mieścina Beskidu Niskiego. Ciągnę dalej. Na każdym podejściu dociągam do kolejnych osób. Nie ukrywam, że to bardzo pokrzepiające. Coś, gdzieś znowu zaczynam czuć kolano/a. Trochę się obawiam czy te tabletki i lód to nie okażą się tylko maskowaniem czegoś poważniejszego, ale stwierdzam, że minęło już kilka godzin od pierwszych ibupromów i biorę dwa kolejne.

Ostatni dłuższy odcinek asfaltowy do pit stopu w Puławach Górnych. Tutaj, zresztą jak też na innych pit stopach, wybór alkoholu po uszy:) kuszą mnie wiśniówką, ale boję się, że pod koniec tego dystansu może się odbić to w złą stronę. Staram się uwijać jak tylko mogę. Wsadzam świeże baterie i jazda dalej. Kilku biegaczy zaszło się za daleko i wracało do szlaku. Więc miejscowo dalej nadrabiałem. Zostało niecałe 30km. Znowu podejście i znowu udaje się mi dogonić kolejne osoby. Spory kawałek biegnę z jednym gościem, który miał jeszcze siły na bieg. Takim sposobem dobiegamy do ostatniego pit stopu na osiedlu Przybysze. 14km do mety – brzmi pięknie:). Dalej ciągniemy razem, ale zostawiam go na podejściu. Doganiam kolejnych. Trochę mnie jakiś lekki kryzys łapie, ale pojawia się gość który wolno podchodzi, ale szybko biegnie płaskie i zbiegi. Chwytam się niego. Robimy tak pewno ze 3 km i wtedy, albo go coś zaczęło boleć, albo się zdenerwował, że biegnę krok w krok za nim i po prostu stanął i wbił kijki w błoto. 🙂 No to ja nic… Biegnę dalej.I wtedy mój zegarek pokazał, ze bateria jest słaba. Stwierdziłem, że muszę to skończyc jak najszybciej, żeby mieć całą aktywność na zegarku:) Ostatnią osobę minąłem na 3km do mety. Dlatego tym bardziej byłem zdziwiony, że na mecie miałem prawie 22min przewagi na kolejnym zawodnikiem. To pokazało mi, jaką “ścianę” ludzie dostawali na ostatnich 2-3 etapach. Pomimo, ze były stosunkowo najłatwiejsze. Na mecie czeka mój Brat Tomek. Gratulacje od organizatorów, medal – dzwonek i bluza FINISHERA.

Na mecie dobrym rozwiązaniem był Karcher do mycia butów:) – szybko i sprawnie.

Idę pod prysznic, potem coś jem i popijam colę. Wsiadamy w auto i jedziemy do domu w Moszczenicy, gdzie docieramy o 4:30.

Podsumowując, jestem bardzo zadowolony, bo czas tylko trochę ponad co sobie zakładałem. Bóle w kolanie nie okazały się niczym więcej. Bieg ukończony i rachunki wyrównane.

25h 25min 55,9 sek – można sporo urwać:) kiedyś wrócę na pewno. Dziękuję całej mojej rodzinie za wsparcie na trasie i za wszystkich wspierających mnie duchowo. 🙂 Bóg zapłać wielki, albo dwa małe:)

74 miejsce na 388, którzy ruszyli w trasę 150.

Międzyczasy (miejsca). Pokazują, że zachowałem siły i nadrabiałem :).

Wolałbym jednak, żebym miał flagę Polski…jechali po adresach.

Medal dzwoneczek z bliska.

Bluza tył, medal dzwoneczek i nr startowy.

Bluza przód, medal dzwoneczek i nr startowy.

Leave a Reply