Moje UTMB 2017 – Rafał Tomaszewski

MOJE UTMB 2017

6 lat temu kiedy to Kilian Jornet ostatni raz brał udział w Utmb, ja siedziałem przed monitorem komputera i zupełnie z przypadku obserwowałem jego poczynania transmitowane na francuskim Eurosporcie. Miałem za soba przebiegnięty 1 maraton i by było jeszcze dziwniej był to jedyny bieg w jakim kiedykolwiek brałem udział. Przygotowywałem sie do niego przez 8tygodni trenując równie zaskakującym systemem treningowym 5km, 10km, 15km, 2dni wolne…i tak przez 2 miesiące. Widząc zmagania tych tytanów ultra zastanawiałem się: jak to? 24h. biegu non stop? niemożliwe…Od tej pory zacząłem się przyglądać temu bliżej…

CHAMONIX

…i tak zawiłe drogi treningu i życia zawiodły mnie na wymarzoną linię startową jednego z najtrudniejszych biegów ultra UTMB! Po 6 latach stoję na tej samej lini startowej z tymi samymi tytanami sportu, których wcześniej widziałem tylko na ekranie monitora. Przez ostanie 6 lat podczas mojego biegowego treningu wydarzyło się tak wiele, moje życie uległo takiej przemianie, że w najśmielszych snach i marzeniach nie pomyślałbym, że te wszystkie rzeczy przydażą się akurat mi. Biegowe ścieżki zmieniły jakość mojego życia na tyle, że praktycznie moje życie obecnie nie przypomina tego sprzed 6 lat nawet w 1%! Miałem tego świadomość kilka lat wcześniej, ale stojąc na lini startu i słuchając Vangelis wiedziałem, że została do zrobienia ostatnia rzecz, by zrealizować długoterminowy plan i domknąć ten wyjątkowy rozdział mojego życia.
Atmosfera na starcie jak i na długo przed…poprostu niesamowita. Tysiące biegaczy i ich rodzin w jednym miejscu, zebrani w jednym celu by zrealizować prawdopodobnie jedno z największych wyzwań swojego życia. Transmisje live, wywiady, łzy wzruszenia, doping kibiców i świetna oprawa, wszystko to stworzyło unikalną i podniosłą atmosferę. W tym obłoku emocji wystartowaliśmy na pełną pętlę wkoło masywu Mt. Blanc.


PIERWSZA PROSTA
Do Les Houches biegnie się szpalerem ludzi w wybornej atmosferze. Nie opuszczał nas szał kibiców i ich doping. Tu spotykam znajomych z grupy biegowej, po wymianie kilku zdań i przybiciu piątek zaczynam pierwszą górkę…podejście pod Le Delevret. Mój plan zakładał nie używanie kijków do La Balme i tego się trzymałem. Wiem, że jak wyjmiesz kijki to do końca Utmb raczej już ich nie schowasz…tak więc trzymam się planu i nabijam kaemy bez kijków.
Mijam kilka osób i kilka osób mija mnie…chwilę rozmawiamy i a to biegniemy razem a to osobno, ale z tego początkowego etapu najbardziej zapamiętuje kilka sylwetek. Nowozelandki, dziewczynę i jej partnera z zielonej góry, ekipę polaków w koszulkach z Biegu Rzeźnika i małomównego Jim’a z Glasgow w buffce Highland Fling. Była też ekipa wolontariuszy z Hoka, którzy zapisywali wszystkie marki obuwia w jakich biegną uczestnicy biegu. Równie z ekscytacją czekałem na odcinek Notre-Dame de la Gorge i bieg wśród ognisk…no i faktycznie było tak jak myślałem-super!

KIJE W RUCH

W dobrym zdrowiu docieram do 50km Les Chapieux…boję się, to ten punkt, w którym mój kolega Brian rok temu zszedł z trasy, zatruł się wodą…a mówiłem mu nie pij z koryta dla krów!
W każdym razie miałem już w głowie, że jestem dalej niż on rok temu, co lekko mnie peszyło gdyż jest on o 2 klasy lepszym biegaczem niż ja, ale to ja dotarłem w Utmb dalej…To chyba coś związanego z rywalizacją.
Po obfitym posiłku i załadowaniu sera i kiełbasy do kieszni, wyjmuję kije i atakuję serie podejść. Ten niewątpliwie trudny odcinek serii gór prowadzący przez La Ville des Glaciers, Lac Combal i Artete du Mont Favre ma zaprowadzić mnie do dużego punktu na 78km w Courmayeur. W tym czasie mija noc i przepiękny poranek w dolinie…jak dla mnie jedno z piękniejszych miejsc na trasie.
Docieram do Courmayeur według planu, czuję się dobrze, pogoda piękna, lekka fatyga nóg na tym etapie wydaje sie zrozumiała, a dyskomfort do zaakceptowania. Plan jest taki: wpadam, biorę torbę z przepaku, przebieram się w świeże ciuchy, i borę dużo ciepłego jedzenia i jem po drodze. I tu plan się sypie…We włoszech tracę dobrą godzinę na punkcie…Najpierw uroczy 8latek nie może znaleźć mojej torby i nie jest to najszybszy młody człowiek jakiego widziałem. Potem równie urocza starsza pani nie ogarnia wydawania spaghetti bolognese przez co tworzy się spora kolejka…a tuż przed tym gdy w końcu jest moja kolej na jedzenie…spaghetti i pasta kończy się a następna porcja będzie gotowa za 15min. Nie ma wyjścia jestem głodny i czekam. Wychodzę z punktu a tam deszcz i zimno, zupełnie inaczej niż godzinkę temu. W sumie wychodzę z punktu bardziej zmęczony niż na niego wszedłem. Ale morale nie słabnie i napieram dalej. Atmosfera na wyjściu z Courmayeur buduje, jest dużo ludzi, doping nie słabnie, więc i ja staram się utrzymać pozytywny feeling! Biegę dalej…

OD SCHRONISKA DO SCHRONISKA

Po dotarciu do Refuge Bertone pogoda się psuje…i to na dobre, a ścieżka z nie najlepszej zamienia się w błotnistą breje. Wyciągam ciężkie działa…waterproofy, ocieplacze i inne gadżety by przedostać się do kolejnego punktu Refuge Bonatti. Bieda aż piszczy, ślizgam się strasznie i zaliczam 2 gleby…nie wątpliwie na tym odcinku morale moje słabną, ale nie gasnę i przedzieram się zmoczony i zabłocony do Arnouvaz. Tu planowałem dłuższy odpoczynek przed podejściem na najwyższy punkt trasy Grand Col Ferret…Warunki na przełeczy zimowe, nawet do -9 stopni przy wietrze co przy przemoczeniu mogłoby skończyć wyziębieniem. Na punkcie sceny Dante’jskie. Ludzie suszą ciuchy pod lampą gazową a w powietrzu zatęchły i zawilgły obłok pary. Tłok i ścisk a tu trzeba się przeorganizować ze wszystkim. Znajduję kawałek wolnego stołu i wyjmuję wszystko co mam w plecaku…przydałoby się mieć więcej. Gram czym mam. Buffki, ortaliony, rękawiczki, czapki, skarpety i bluzy. Zakładam wszystko na siebie i opuszczam punkt.
Podejście trwa w nieskończoność, a ludzie niektórzy decydują się schodzić zamiast wchodzić. Na podejściu zatrzymuję się tylko dwa razy i w końcu docieram na szczyt. Widoczność zerowa a ja cały zkostniały, więc ewakułuję się w dół. Następny punkt to La Fouly od, którego dzieli mnie 10km zbieg.

MADNESS

Do La Fouly docieram o zmierzchu i moja kondycja na tym 109km nie jest już najlepsza. Grand Col Ferret wyssało ze mnie około 50% energii. Jestem zmęczony i wchodzę w drugą noc biegu…to tu zaczyna się dla mnie Utmb. Błąkam się chwilę po punkcie i zbiegam dalej w kierunku Champex-Lac…które oczywiście kończy się kolejnym podbiegiem. Widzę gdzieś w oddali majaczące światła punktu ale za diabły nie moge do niego dojść…jak to daleko! Podejścia wydają się coraz dłuższe i męczące. Na punkcie głowa leci mi w dół, więc planuję 15min. drzemkę. Nastawiam alarm, kładę głowę na stół..iii zjazd Alarm!!! Wstaję taki rozbity, że po raz pierwszy w zyciu mam ochote zejść z trasy. Nie mam siły gadać i myśleć gdzie poddać bieg i w takim stanie opuszczam punkt. Chyba lekka nieświadomość wypycha mnie z punktu i zaczynam marsz w kierunku nastepnego punktu. Nie mam żadnych poważniejszych obrażeń, nie bolą mnie mięśnie, w sumie jest ok, ale zmęczenie psychiczne, i niska odporność na brak snu mnie wykańcza…W bidonie mega mocna kawa, więc idę i siorbię z nadzieją, że oczy się otworzą a ciało obudzi…idę i idę. To najwolniejszy etap mojego biegu, przy stosunkowo łatwej trasie. Nie moge się przebić przez trudy nocy. Już wiem, że to zdecydowanie mój najsłabszy punkt-brak snu. Do Trient to była droga zombie…

PÓŹNA NOC CZY WCZESNY RANEK?

Tego nie wiem ale mniej więcej o tej porze ląduje w Trient, gdzie podejmuję decyzje o 20min. drzemce, która jeśli nie pomoże to…nie wiem co, chyba zejdę i pojadę do domu…Jestem nieprzytomny. Kilkukrotnie osuwałem się na ziemię, kilkukrotnie przysypiałem na ok 10sekund podczas marszu i kilkadziesiąt razy traciłem kontakt z rzeczywistością. Całą noc powinienem być na eRce a nie tu!
Wbijam się na stoisko wymiany baterii do Petzla, zabieram chłopakom leżak, nastawiam alarm na 20min. i odlatuję! Budzę się po 20min., trzęsę się jak galareta i telepię z zimna. Drgawki doprowadzają mnie do namiotu gdzie piję ciepłą zupę i napełniam bidon ciepłą, mocną kawą. Strzelam sobie kilka razy w twarz z otwartej dłoni i opuszczam punkt udając się w kierunku Vallorcine. Ledwo opuściłem punkt i wywijam orła na błocie poślizgowym, zgrabnie opadając na kijek, który zagrzebany w błocie i dociśnięty moim ciężarem pęka. Czułem się wypoczęty i w planie miałem power hiking na tym fragmencie trasy, co z jednym kijkiem wydaje się mało realne, jednak staram się zignorować fakt straty kijka i opanować nową technikę używania jednego jako laski. Jak tylko zaczeło się przejaśniać, morale wzrosły i ponownie zacząłem patrzeć z optymizmem na trasę, która została do pokonania. To jakoś na pograniczu nocy i dnia dotarło do mnie, że jednak będę finisherem Utmb, mimo że jeszcze sporo pracy przede mną i równie dużo przygód. Jednak feniks powstawał z popiołów i znów zaczynałem się poruszać w godnym stylu…przypominając bardziej ztrudzonego biegacza niż poczwarę wypełzująca z błota.

KOLEJNY DZIEŃ

Jakby nie patrzeć jest to trzeci dzień biegu…Po drugiej nieprzespanej nocy czuję się zaskakująco dobrze i zaczynam bieg po którym w okolicach śniadania docieram do Vallorcine. Nie tracę tu zbyt dużo czasu. Zupa na drogę i zapas wody, tyle mi potrzeba. Okazuje się, że kolejny fragment trasy ma być najbardziej rozrywkowy…Następny przystanek to La Flegere. Ten odcinek trasy jest lekko zmodyfikowany i nie prowadzi przez szczyt Tete aux Vents, lecz lekko bokiem do górnej stacji kolejki La Flegere. Podczas tego fragmentu spotykam kolejno; amerykańskie małżeństwo z Utah-szli trasę Utmb w 10dni i są pod wrażeniem naszego występu, szczerze dopingują i umilają podejście, sympatycznego Marcina Rosłonia z Kingrunnera-mieliśmy okazję chwilę pogadać przed startem…no i teraz. Spotykam również ekipę Biegu Rzeźnika, robiącą reportaż z Utmb-zatrzymują mnie na chwilę by zrobić krótkie nagranie (sam nie wiem co tam majaczyłem) . Dłuższy odcinek idę również z żonami naszych superbohaterów z PTL…Mijamy nieskończona ilość turystów i kibiców…metę czuć w powietrzu, jednak podejście pod kolejkę trwa wiecznie. Gdy już widzę stację okazuje się, że to jedynie stacje pośrednia i jest jeszcze kawałek do podejścia. Przez cały bieg miałem wrażenie, że wybierane są najtrudniejsze warianty trasy, zachaczyliśmy o wszystkie możliwe obejścia, i zawsze była jeszcze jedna mała górka więcej niż myślisz. Pogodziłem się a tym i zaakceptowałem udając zawsze zaskoczenie gdy docierałem na miejsce-trochę ta filozofia pomagała. Jestem na punkcie La Flegere…Napałniam bidon, chowam rzeczy, zostaję na krótko bo mam zamiar grzać w dół, ostatnie 10km zbieg do Chamonix.

BRAMA CHWAŁY

Wiedziałem, że gdzieś przede mną na trasie jest nasz kolega z klubu Above 2000, mój imiennik Rafał, ale nie byłem pewien czy nie mineliśmy się na którymś z punktów…Biegnę dość żwawo, mijam wielu biegaczy aż przede mną wyrasta kawał chłopa-to Rafał, przesympatyczny człowiek. Mimo, że nie mieliśmy okazji się wczesniej poznać rozpoznajemy się i w miłej atmosferze kontunuujemy wspólnie zbieg do Chamonix. Oboje nie mamy wątpliwości, że zostaliśmy zmaglowani i wypluci przez trasę Utmb…rozmawiamy dłuższą chwilę i wspominamy niektóre momenty z trasy po czym rozstajemy się by przygotować się do finałowych kilometrów przez Chamonix. W mieście czekają na nas nasze rodziny i to z nimi mamy w planie przekroczenie lini mety. Chamonix aż kipi od dopingu, niezwykłe jest to , że każdy otrzymuje żywiołowy doping na całej długości finiszu. Ludzie uderzają w banery a spiker skanduje imiona finisherów. Wbiegam do miasta i po kilkuset metrach witam się z moją żona Marzenką, córką Mają i małym Szymkiem, który ostatnie 200 metrów pokonuje z nami w wózku bijąc brawo. Niezwykly moment i do głębi poruszający. Miałem ten obraz przed oczami przez ostatnie kilka lat, a teraz żyję snem i przeżywam to na prawdę. Stojąc na mecie jestem przeszczęśliwy, że po kilku latach treningu udało się dokonać czegoś co wydawało się niemożliwe i zarezerwowane tylko dla super tytanów sportu. Na wszystko nagle zacząłem patrzeć z innej perspektywy, z dystansem ultra. Po niespałna 2 tygodniach od przekroczenia mety, nadal nie jestem pewien czy mimo wszystko chciałbym powtórzyć tą drogę. To bardzo długi i wyczerpujący bieg…ale też i nagroda proporcjonalnie duża, więc kto wie…może zajdą kiedyś specjalne okoliczności bym zdecydował się ponownie na start w tym biegu. To była piękna przygoda.

PODSUMOWANIE

Oczywiście to tylko skromny fragment mojej drogi do i przez Utmb…Zdecydowanie nie byłoby to możliwe gdyby nie moja rodzina, która w tym biegu odgrywa szczególną rolę. Wyrozumiałość i wsparcie to nierozerwalna cześć podczas przygotowań do biegu jak i podczas samych zawodów. Wielokrotnie podczas biegu rozmawialiśmy, jak i wielokrotnie otrzymywałem różne wiadomości od bliskich i przyjaciół, które pomagały mi wychodzić z punktów na kolejny odcinek trasy. Sam trening dzięki pomocy trenerskiej Pawła Grzonki był do zaakceptowania i nie wypełniał mi całego wolnego czasu. Wielkie dzięki Paweł!…
Także pozbyłem się w końcu mojej obsesji UTMB i jestem z tego powodu przeszczęśliwy.
Być może jeszcze raz kiedyś stanę na starcie Utmb, by przeżyć tą przygodę jeszcze raz…