The Tour of Bradwell

Włożylam do przygotowań do tego biegu całe serce. Miałam poczucie,  że nie robię go tylko dla siebie,  ale też będę mogła pomóc jeszcze komuś, bo robię to jako Charity Run. Myśl ta mnie bardzo motywowała,  przygotowywalam się do tego bardzo solidnie. Może nie robiłam jakiś mega treningow,  ale to tylko dlatego,  że nie mam zabardzo możliwości. Chociaż uwielbiam treningi w plenerach górskich i wiem,  że jak się chce ścigać po górach,  to takie treningi są niezbędne, nie mogę sobie pozwolić na czeste biegi w takich terenach, moja córka woli spedzac weekendy z nami. Razem z Mariuszem staraliśmy się organizować treningi jak najmniejszym kosztem córki.
Wszystko szło w miarę planu, jednak jakoś 2-3 tygodnie przed wyścigiem, Mariusz zaczął narzekać na ból nogi. Przeraziło mnie to,  bo było zaplanowane,  że Mariusz biegnie ze mną.

The Tour of Bradwell,  to bieg gdzie potrzebna jest dobra nawigacja,  nie jest to bieg znaczony. Dla mnie to był szok,  bo więcej znam się na obrazach abstrakcyjnych niż papierowych mapach. Wiedziałam,  że nawet nie mogę się wycofać,  nie biegnę też anonimowo 🙂 Na początku przeżyłam wielki strach,  później ogarnęła mnie jakaś głupawka,  następnie wzięłam się w garść i zaczęłam działać. Nie ma co,  pomyślałam,  muszę zaopatrzyć się w GPS.
Został tydzień do biegu. Na dwóch treningach wypróbowałam jak się w ogóle biega z mapą w zegarku. Trochę poczułam się bezpieczniej. Było jeszcze pytanie,  na jak długo wytrzymają baterie i jak to działa w terenie,  jednak nie miałam już czasu tego sprawdzić. Z Mariuszem opracowywaliśmy trasę,  starałam sobie przypomnieć wszystko co pamiętam z treningu (bieglismy raz w tym terenie).

Robiłam sobie notatki,  które później miały mi służyć jako moja własna mapa. Zrobiłam sobie także bransoletkę – ściagę, gdzie zapisałam sobie wszystkie punkty kontrolne (w jakim miejscu i na którym kilometrze), co później okazało się bardzo pomocne. Myślałam ciągle nad strategią biegu, zastanawiam się,  czy przyłączyć się po prostu do jakiejś bezpiecznej grupy, jednak zależało mi też na wyniku, bo naprawdę chciałam to zrobić dobrze. Mój plan był taki,  że ryzykuję i lecę swoim tempem korzystając z GPS i chwytając się tych z przodu.
Dzień wyścigu. Wszystko przygotowane. Na duchu trzymała mnie też myśl,  że Mariusz jest ze mną i będzie mnie łapać na trasie na swoim rowerze.


Start. Zaraz, za pierwszym punktem mój GPS zaczął wariować i się zawiesił. W głowie myśl,  że narazie trzymam się grupy. Po czasie GPS załapał i wszystko szło ok. Moja taktyka była taka,  że lecę swoje,  ale staram się kogoś zawsze widzieć. Jak czułam się o siłach, goniłam osoby przede mną,  oczywiście nie szalałam, starałam się trzymać swoje tempo i cały czas korygowałam wszystko z GPS. Po piątym PK trochę utknęłam we wrzosach i grupka z przodu coraz bardziej się oddała. Widziałam już ich ledwo na horyzoncie a za sobą nikogo. Nie zastanawiajac się dłużej,  zrobiłam chyba swój najszybszy sprint w dół,  ale ich dogoniłam. Gdy czułam się bezpieczniej na trasie,  zostawiałam grupkę,  przez cześć trasy biegłam zupełnie sama szukając następnych biegaczy z przodu. Nie traciłam też dużo czasu na punktach,  bo wiedziałam,  że jak zminimalizuję postoje,  to wyjdzie na korzyść. Miałam ten komfort,  że Mariusz podawał mi napełnione bidony,  brałam tylko w garście żelki czy słone orzeszki i leciałam dalej. Ogólnie szło dobrze,  nielicząc jakiś mniejszych kryzysów, kolek czy skurczu łydki,  ale tak naprawdę,  to chyba nieczęsto zdarzają się biegi,  które idą zupełnie gładko. Po 40 km czułam oczywiście zmęczenie,  ale też jakąś nową energię. Chyba spowodowała to myśl, że już niedaleko. Niesamowite było uczucie,  jak dolatywałam już do mety, ledwo powstrzymywałam łkanie ze szczęścia. Czułam się super. 🙂

Dodam tylko, szczerze;  to,  że był to bieg Charity,  dało mi wielką motywację i wiekszego powera. Wiele zawdzięczam też Mariuszowi, pomógł mi naprawdę mega dużo, wspierał mnie cały czas,  nawet chciał kontuzjowany ze mną lecieć.
Bardzo zadowolona też jestem z wyniku,  poleciałam ten bieg 6 godzin 56 (55,2 km z przewyższeniem coś około 2000). Na mecie jako 5ta kobieta i 26sta ogółem. Chciałbym też polecić ten bieg innym,  przede wszystkim nie jest drogi,  dobrze zorganizowany i  z bardzo przyjemną trasą.