Trigger Race

Anna Kozłowska

Tydzień przed startem nie zapowiadał poprawy samopoczucia związanego ze zmęczeniem i brakiem snu. Od środy miałam urlop, bez wolnego byłoby bardzo ryzykowne wystartować. Myślałam,  że trochę więcej snu pozwoli mi jakoś zregenerować jego braki,  które odczuwam na całym organizmie od dłuższego czasu. Pomimo,  że nie musiałam wstawać do pracy,  nie poczułam znacznej różnicy, nawet musiałam wyluzować z treningami.
Sobota,  dzień przed startem… wygląda nieciekawie,  ból gnatów nie odpuścił do tego 37,2 stopnie temperatury. Sprawdzam pogodę,  nic na lepsze się nie zmienia,  nieciekawie.
Niedziela,  dzień wyścigu. Budzę się przed budzikiem,  spałam może 3 godziny. Za oknem deszcz. Zbieramy się.
Na miejscu czekaliśmy w samochodzie,  byliśmy trochę wcześniej. Pogoda okropna,  to, czego się bałam najbardziej,  deszcz i zimno. Z doświadczenia wiem,  że taka pogoda najbardziej działa na moje nogi,  robią się sztywne z zimna i to już nie bieganie.
Siedzimy w świetlicy, duża ekipa z Above razem,  wszyscy biegacze szykują się do startu. Idę po numer,  nie ma już odwrotu,  z resztą już się uparłam,  że biegnę. Sprawdzają ekwipunek,  ręce mi się trzęsą i zaczynam czuć bóle brzucha ze stresu. Chcę już startować! Wiem,  że jak zacznę już biec,  ten cały stres puści.
Mała rozgrzewka i ruszamy. Pomyślałam,  nie jest źle,  deszcz nieduży i nawet ciepło,  oby tak dalej. Mały podbieg i mówię do Mariusza,  że muszę zdjąć spodnie na deszcz,  bo się gotuję.

Jak to często w górach,  kiedy chmury krążą i pogoda niepewna,  wyżej może być różnie. Zaczęłam to powoli odczuwać, szczególnie po pierwszej przeprawie przez rzekę. Nogi już zmarznięte,  ale dajemy dalej, chyba dzięki podwyższonej adrenalinie było trochę cieplej. Warunki były harcorowe,  to był bieg w 90% po wodzie,  bagnistych wrzosach lub śnieżnych zaspach,  do tego zimno. Jak się obawiałam,  moje nogi odczuły to najbardziej,  biegłam na zmarzniętych kołkach i momentami zastanawiałam się,  czy nie odmroziłam sobie stóp,  bo w ogóle ich nie czułam.

Na wymarzniętych nogach trudno mi biec,  a już o możliwej technice biegu mogłam zapomnieć,  nie raz się potykałam lub wpadałam w głębokie błoto lub zaspy śnieżne. Nie wiedziałam ile już za mną kilometrów i wolałam nie wiedzieć,  byle do przodu. Ręce mi zamarzały i chciałam zmienić rękawiczki na cieplejsze i suche,  ale mieliśmy kawałek do punktu w Snake Pass, więc chciałam najpierw dobiec,  żeby zdążyć przed 13:00. Na punkcie zmieniłam rękawice i nałożyłam spodnie przeciwdeszczowe na mokre opływówki. Zapytałam Mariusza ile jeszcze przed nami,  powiedział,  że 15 km. Jakoś mnie to ucieszyło, bo myślałam,  że więcej.

Poczułam power,  nałożyłam muzykę na uszy (ps. nie chcielibyście tego słyszeć, zdegenerowana Peaches,  wykręcona elektronika i inne eksperymenty muzyczne – ale kop energii :-)). Dwa łyki kawy,  kostka czekolady i dalej. Dodam,  że przez cały bieg coś mieliłam w buzi. Mam trudności z jedzeniem w trakcie biegania,  więc jak np. wzięłam daktyla,  to mieliłam go z pół godziny i tak cały czas. Zjadłam może około 10 daktyli i pół batona,  oczywiście też piłam (w sumie niecały litr węglowodanów i elektrolitów).

Biegniemy,  jakoś szybciej mi się wydaje,  nawet niekiedy udaje mi się wejść w trans biegu,  chociaż co chwilę wyrywa mnie z tego transu ślisga powierzchnia albo inne wodno-błotne niespodzianki. Już prawie koniec,  tak mówi Mariusz,  jakaś górka znowu,  zabrakło mi energii czuję, a tak,  w buzi nic nie miele… Szybko kawałek batona i łyk napoju. Trochę z górki. Odzyskuję energię. Kawałek przede mną widzę jakiś biegaczy. Gonimy!  Nagle poczułam ból przy prawej łydce. Biegnę,  ale czuję,  że jak przyspieszam boli coraz bardziej.  Ścignęłam jeszcze po drodze trzy osoby i już czuję nosem,  że meta. Tak,  już widzimy Sabinę. Super,  radość, udało się!  Mój debiut i taki chrzest od razu,  ale dałam radę. 🙂